Przytuliłam się do męża, a kiedy wziął mnie w ramiona, przylgnęłam, oplotłam się wokół jego ciała, jak pnąca roślina, która owija zdrowe mocne drzewo, tak ściśle by nawet najmniejszy skrawek łodygi nie pozostawał bez zetknięcia się z podtrzymującym ją pniem.
Jest mi dobrze, zanurzam się w błogostanie, wspominając chwilę, kiedy poczułam budzącą się rozkosz. Tę, która zaczęła się we mnie wzmagać, narastać coraz szybciej, przenosić się z miejsca, gdzie się zbudziła, na coraz odleglejsze części ciała, aż ogarnęła wszystko. Zalała mnie całą, zatopiła w ogniu, wybuchła przejmującym, najsłodszym wstrząsem wszystkich mięśni i wyzwoliła się w krzyku…
Chciałabym jeszcze raz skosztować cielesnej słodyczy, niestety nie jest mi to dane.
Dodaj komentarz
Komentarze