Ból rósł powoli, cudownie, wraz z kolejnymi ciosami, dokładnie tak samo jak rozkosz. Osobliwie się uspokajałam, a później zaczęłam się z wolna ożywiać, czuć, że przyjemność przewyższa cierpienie. Opadły wszystkie wewnętrzne bariery, które mimowolnie skonstruowałam na wypadek, gdyby Artur zaatakował mnie brutalnie.
I wtedy zaczęło się bicie na serio. Napięłam mięśnie. Nie umiałam już trwać nieruchomo. Usiłowałam nad sobą zapanować. Niestety już mi nie wychodziło. Krew się we mnie gotowała i nie potrafiłam znieść tego oślepiającego żądlenia rzemienia, który odnajdywał wszystkie możliwe miejsca. Podniecenie rosło, nawet gdy walczyłam, rzemień drażnił się ze mną, trafiając w poprzednie ślady.
- Wiesz, że do mnie należysz - oświadczył retorycznie Artur.
- Tak - odpowiedziałam spontanicznie, niemal naturalnie.
Dodaj komentarz
Komentarze