Ile uderzeń przyjęłam? A jakie to miało znaczenie? Kilka w prostej linii, parę rozwijających się na biodrach, drażniących delikatne miejsce tuż nad kością ogonową. W tych miejscach, gdzie rzemień uderzał po raz pierwszy, obudziły się małe pożary niczym ogniska na wielkim polu bólu. Kołysałam się w przód i w tył, płacząca, z trudem wytrzymywałam. Napięłam lędźwie, zacisnęłam powieki i otwartymi ustami łapałam powietrze.
I wówczas tajemniczy kochanek zaserwował kolejny raz w płonące pośladki. Miałam wrażenie, iż jakaś nieziemska siła rozrywa mnie na dwoje, a fale bólu dotykają każdej komórki ciała. Żar był niesamowity, obezwładniający. Czułam się jak mokra glina kształtowana na kole garncarskim, a potem wrzucona do pieca, by stwardnieć. Byłam jak pisklę, które wykluwa się z jaja i widzi, że oprócz gniazda jest jeszcze inny świat.