Kochanek wypróbował bicz, tnąc powietrze, i opuścił go znowu, nieco poniżej pierwszego uderzenia. Dwie linie były jak ślady znikające w niebycie. Wierzgałam nogami, a pieczenie nagiego ciała obudziło we mnie wszystkie prymitywne tęsknoty. Gdy pejcz przecinał pośladki, bałam się bólu, ale jednocześnie czułam, jak wyostrzają się zmysły, świadomość, czułam, że naprawdę żyję. Przekraczało to powszechnie uznane, akceptowane, rozumiane granice, bo ciało, umysł i dusza niezauważalnie się rozpływały. Tym kawałkiem pachnącej skóry tajemniczy kochanek wypisywał swoje imię na mojej nagiej skórze. Zaplątana w pejcz, bez wspólnego języka, tylko tak mogłam pokazać, że jego wola jest moją, że tym pejczem może oznaczyć mnie jak swoją własność.