Przez lata wydawało się, że „Dzieje grzechu” i „Sztuka kochania” zaspokajają nasze potrzeby w zakresie okołoerotycznej prozy. Jednak 750 tys. sprzedanych nad Wisłą egzemplarzy „50 twarzy Greya” pokazało, że Polki i Polacy sięgają po literaturę erotyczną tak samo chętnie jak inne nacje.
Na odpowiedź rodzimych autorów nie trzeba było długo czekać. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy ukazały się: „365 dni” i „Ten dzień” Blanki Lipińskiej, „Frajda” Marty Dzido, zbiór komiksów „Istota” i „50 twarzy Tindera” Joanny Jędrusik. I chociaż pięć publikacji trudno nazwać „wysypem”, nie sposób nie zauważyć, że w krajobrazie literackim, w którym dotychczas seks pojawiał się tylko w roli ubarwiacza miłosnych historii, coś się zmienia.
Miło byłoby zakończyć puentą, że „wysyp” erotycznych książek, to efekt rewolucji obyczajowej. Że nauczyliśmy się czerpać przyjemność z seksu, że kochamy się swobodnie, różnorodnie, otwarcie i bez wyrzutów sumienia. Byłoby miło, ale to nie do końca prawda. Owszem, jesteśmy bardziej świadomi swoich potrzeb, ale coraz rzadziej znajdujemy czas i siłę, żeby je realizować. Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że co czwarty dorosły Polak i Polka przed pięćdziesiątką nie uprawiali seksu od 12 miesięcy bądź dłużej, coraz rzadziej odczuwamy też satysfakcję seksualną. Pozostaje więc czytanie i zakreślanie co ciekawszych fragmentów oraz podtykanie drugiej połowie pod nos z uwagą: „patrz, jak może być fajnie”.