Nie wiedzieć czemu opanowało mnie dziwne wspomnienie z przeszłości. Z czasów, gdy dyskutowałam o filmie Louisa Malle’a zatytułowanym „Ślicznotka”. Opowiadałam swojemu rozmówcy o starej nowoorleańskiej dzielnicy domów publicznych, Storyville. Nienawidził tego filmu, ja zaś uważałam go za arcydzieło.
Pamiętam, jak powiedziałam, że „Ślicznotka” to dzieło o kwiatach kwitnących w szczelinach i o chęci życia, której nikt nie może człowieka pozbawić. Odbierałam film bardzo emocjonalnie. Dokładnie wiedziałam, co czuł fotograf Belloc zakochany w kilkunastoletniej prostytutce i na końcu opuszczony przez wszystkich.
Interlokutor nie rozumiał mnie, ale cieszył się z mojego podejścia do tematu. Jak powiedział, wrażliwości na sztukę zawdzięczam cechującą mnie swego rodzaju niewinność i przekorę.
- Mogę podać drinka, proszę pani? - spytała seksowna stewardesa, nachylając się nad moim uchem.
Była delikatna jak płatek kwiatu i równie słodka, a jej perfumy i wydzielane przez jej ciało soki mieszały się w obezwładniającym aromacie, który napływał do mnie falami, przynosząc rozkosz.
Dodaj komentarz
Komentarze