Nie było mowy o żadnej miłości. Po pierwsze, nie wierzyłem w nią. Po drugie, w jej postrzeganiu przypominałem Hardina Scotta z książki “After”. Przeczytałem w życiu setki powieści. Większość z nich przedstawia miłość jako centrum wszechświata, jako lekarstwo na każdą ranę, element niezbędny nam do przeżycia. Nie dziwne więc, że wszystkich pisarzy uważałem za skończonych głupców. Miłość była dla mnie fikcją zapisaną na zniszczonych kartach książek. Wypowiadając owe frazy za bohaterem wykreowanym przez Annę Todd jeszcze nie wiedziałem jaką niespodziankę szykuje mi przewrotny los. W najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczałem, że to wszystko się zmieni gdy na osobistej drodze życia spotkam swoją Elizabeth Bennet. Wówczas nie sądziłem, że ktoś może mnie tak całkowicie pochłonąć, wziąć za rękę, wyprowadzić z ciemności i pokazać, że nasze dusze w swej istocie są bliźniacze…
Dodaj komentarz
Komentarze